Wyjaśniamy, jak działają programy do szacowania szkód?

Dlaczego kalkulacje wykonywane w programach komputerowych nie są wcale obiektywne?

Jak działają programy do kalkulacji szkód? Teoretycznie to przecież powinno być proste: rzeczoznawca uruchamia aplikację, wprowadza dane pojazdu, a następnie zaznacza na wyświetlanych na ekranie rysunkach, które elementy należy wymienić, które naprawić.

Na podstawie tych danych system powinien wyliczyć, ile będą kosztowały części, a ile robocizna. W praktyce często okazuje się, że taka sama szkoda szacowana przy pomocy tego

samego programu może zostać wyceniona zupełnie inaczej! Jak to możliwe? Te programy stworzono po to, żeby jak najlepiej służyły swoim użytkownikom, a więc ubezpieczycielom czy warsztatom, a nie po to, żeby obiektywnie wyliczały koszty naprawy.

Zasada jest prosta – w kalkulacji wyjdzie to, co ma wyjść! Jeśli w interesie ubezpieczyciela jest to, żeby szkodę zakwalifikować jako całkowitą i mimo relatywnie niewielkich uszkodzeń zapłacić tylko grosze za różnicę między ceną sprawnego auta a ledwie draśniętym „wrakiem”, to wymaga to tylko kilku właściwych kliknięć ze strony rzeczoznawcy. Jeżeli szkoda ma być wyceniona możliwie nisko, bo poszkodowany zdecydował, że chce odebrać pieniądze w gotówce (więc nie trzeba się martwić, że wycenę zakwestionuje wykonujący naprawę warsztat), to przecież też nie problem!

Jak to działa? Każdy tego typu program, niezależnie od tego, czy jest to wyrób firm Audatex, Eurotax czy innego dostawcy, pozwala przy wycenie wprowadzić odpowiednie założenia i korekty. Przy wycenie szkody ubezpieczeniowej często rzeczoznawca wprowadza najpierw w specjalnej rubryczce kwotę, przy której będzie można orzec najkorzystniejszą dla ubezpieczyciela szkodę całkowitą.

Duże znaczenie ma tu oszacowanie wartości pojazdu przed szkodą – da się ją zaniżyć, np. nie uwzględniając wyposażenia dodatkowego auta lub np. przebiegu niższego niż typowy. Czym da się manipulować? Zacznijmy od oceny stopnia uszkodzeń – część może zostać zakwalifikowana jako wymagająca wymiany lub naprawy. Dla każdej naprawy lub wymiany program ma zdefiniowane czasy wykonania danej czynności, zwykle wyliczone na podstawie technologii zakładanej przez producentów.

Użytkownik programu może jednak określić stawkę za roboczogodzinę! To daje olbrzymie pole do manipulacji, bo tę samą czynność w zależności od potrzeb można rozliczyć albo według stawek obowiązujących w najtańszych warsztatach niezależnych (np. 40 zł/h), albo w drogim ASO (np. 240 zł/h). Tak samo jest z częściami i materiałami potrzebnymi do wykonania napraw.

Programy mogą korzystać z różnych cenników, np. z cennika z ASO (jeśli ma być drogo) lub z cennika zamienników pochodzących od taniego dostawcy, np. hurtowni Polcar czy BHMD, żeby zaniżyć odszkodowanie wypłacane w gotówce. Użytkownik programu może też wybrać, jakiej jakości części mają być użyte w kalkulacji (np. części zamienne oryginalne – pochodzące od tych samych producentów co stosowane fabrycznie, ale bez logo producenta auta, zamienniki o porównywalnej jakości oraz części inne, czyli zazwyczaj najtańszy chłam). Dodatkowo, szczególnie jeżeli szkoda jest rozliczana z polisy autocasco, czyli według zasad narzuconych przez ubezpieczyciela, rzeczoznawca może zupełnie bezkarnie wprowadzić różne korekty wynikające z „urealnienia” wartości części ze względu na wiek auta.

Później przy sprawdzeniu takich wycen często okazuje się, że np. najtańsze części umieszczone w wycenach figurują w ofercie tylko teoretycznie – nie sposób ich kupić, a pracownicy hurtowni nieoficjalnie przyznają, że nigdy nie widzieli ich na półkach magazynów.

Wracając jednak do początku procesu wyceny szkody: po co na wstępie określa się w programie próg, przy którym szkodę można rozliczyć jako całkowitą? To proste – programy są tak skonstruowane, że na bieżąco podpowiadają, ile jeszcze brakuje do osiągnięcia progowej kwoty. Rzeczoznawca może więc ciągle sprawdzać, czy uda mu się dociągnąć do szkody całkowitej (wtedy może hojnie wyceniać każdy element, bo i tak ubezpieczyciel nie będzie musiał za niego zapłacić), czy też przycinać na czym tylko się da, żeby suma końcowa na wycenie była jak najniższa.

Podsumowując – jeśli nie podoba się wam wycena przygotowana przez rzeczoznawcę pracującego na zlecenie ubezpieczyciela, a ten twierdzi, że nic nie może zrobić, bo on tylko wpisuje uszkodzenia, a resztę liczy komputer, to wiedzcie, że to zwykła ściema. Przejrzyjcie dokładnie całą wycenę, a nie tylko końcową rubrykę z kwotą i sprawdźcie dokładnie, na czym zostaliście oszukani.

Nie będzie to wcale łatwe, bo większość podejrzanych korekt i cięć jest ukryta pod „kodami warunkowymi” i innymi parametrami będącymi dla przeciętnego zjadacza chleba czarną magią. O pomoc warto poprosić np. fachowca z niezależnego warsztatu, który posługuje się takim samym programem.

Szkoda całkowita – jak nie dać się oskubać ubezpieczycielowi

Szkoda całkowita to wyliczenie ubezpieczyciela, z którego wynika, że naprawa samochodu jest nieopłacalna. Stwierdzenie szkody całkowitej nie oznacza jednak tego, że auto nie nadaje się do naprawy ani nawet, że jest poważnie uszkodzone.

Teoretycznie w przeciętnym kilkuletnim samochodzie wystarczy uszkodzić dwie drogie felgi, zderzak i parę listewek, a także zakwalifikować do wymiany lampy, błotniki i trochę detali, by koszt naprawy przy użyciu oryginalnych części wyniósł np. 27 tys. zł. Jeśli według katalogu cały samochód wart jest mniej niż koszt jego naprawy (a można go dość dowolnie kształtować, szczególnie w teorii), ubezpieczyciel stwierdza, że naprawa jest nieopłacalna.

Wówczas określa, ile wart jest samochód przed naprawą (np. 25 tys. zł) i wypłaca poszkodowanemu różnicę pomiędzy wartością auta sprzed szkody i „wraku”. Jeśli w wirtualnej aukcji ktoś zaoferuje za uszkodzone auto np. 20 tys. zł, poszkodowany otrzymuje na rękę 5 tysięcy. Dla firmy ubezpieczeniowej to czysta oszczędność, szczególnie jeśli w praktyce naprawa auta w przyzwoitym warsztacie wyniosłaby np. 15 tys. zł.

Teoretycznie po sprzedaży uszkodzonego auta poszkodowany powinien mieć pieniądze na taki sam samochód! Tyle że wartość katalogowa, szczególnie starych samochodów, jest zwykle o wiele niższa od ich ceny rynkowej. Ponadto co innego samochód zadbany, doinwestowany i przygotowany do codziennej bezproblemowej jazdy, a co innego samochód oczekujący na klienta w komisie. Pogodzenie się ze szkodą całkowitą może się poszkodowanemu nie opłacać!

Warto wiedzieć, że wyliczenie kosztów naprawy przez rzeczoznawcę ubezpieczyciela i stwierdzenie przez niego szkody całkowitej to nic innego jak tylko wstępny kosztorys naprawy i propozycja wypłaty odszkodowania w wysokości, która odpowiada ubezpieczycielowi. Kosztorys nie przesądza, ile wydamy na naprawę: po pierwsze, mogą pojawić się niespodziewane wydatki, uszkodzenia, których rzeczoznawca nie zauważył; może być też przeciwnie – uda nam się kupić części o wiele taniej, niż to wynika z kosztorysu, znajdziemy też warsztat o niższych oczekiwaniach finansowych.

Co robić?

Po pierwsze, poinformować ubezpieczyciela, że się nie zgadzamy z wyliczeniami rzeczoznawcy. Możemy kwestionować: podaną wartość samochodu sprzed szkody – często jest zaniżona; ceny części – że da się kupić je taniej lub też że nie wszystko, co wziął pod uwagę rzeczoznawca, jest potrzebne; koszt robocizny – że jest to najwyższa wartość występująca w danym regionie i znamy warsztat, który naprawi samochód za cenę nieprzekraczającą wartości samochodu sprzed szkody.

W tym przypadku w praktyce należy przedstawić kosztorys warsztatu, z którego wynika, iż naprawa kosztuje mniej, niż wykazał rzeczoznawca. Należy się liczyć z wymijającą odpowiedzią ubezpieczyciela, który obieca, że zapłaci, gdy zobaczy fakturę na naprawę auta i potwierdzenie zaliczenia obowiązkowego przeglądu na stacji kontroli pojazdów.

Mamy dwie możliwości

Pierwsza to wziąć bezsporną część odszkodowania, naprawić auto, dokładając z własnej kieszeni, a następnie przedstawić ubezpieczycielowi fakturę za naprawę, pamiętając, by opiewała na kwotę choć o 100 zł niższą od wartości samochodu sprzed szkody. W takiej sytuacji ubezpieczyciele zwykle płacą bez zwłoki.

Drugie wyjście to wziąć bezsporną część odszkodowania, a ponadto złożyć pozew do sądu o zapłatę i poczekać z naprawą – można to zrobić w dowolnym momencie. Jeśli obiektywna racja jest po naszej stronie i mamy na to dowody (kosztorys z warsztatu, wycena rzeczoznawcy), mamy szansę odzyskać brakującą kwotę wraz z odsetkami.

Procedura krok po kroku

1. Stwierdzenie szkody całkowitej przez ubezpieczyciela nie jest przeszkodą w naprawie i korzystaniu z samochodu.

2. Możemy auto naprawić lub nie, niezależnie od sposobu rozliczenia z ubezpieczycielem – dopóki nie sprzedamy go, my decydujemy o jego losie.

3. Najprostszą metodą uniknięcia szkody całkowitej jest przedstawienie ubezpieczycielowi faktury za naprawę opiewającą na kwotę niższą od wartości samochodu sprzed szkody. Wówczas argument, że doszło do szkody całkowitej, jest nie do obrony przed sądem.

Na to zwracaj uwagę, sprawdzając wycenę szkody

1. Zweryfikuj, czy wszystkie parametry twojego auta (rocznik, wersja, przebieg) zgadzają się ze stanem faktycznym.

2. Sprawdź, czy w wycenie uwzględniono wszystkie uszkodzenia samochodu.

3. Jeśli szkoda została uznana za całkowitą, sprawdź, czy poszczególne pozycje kosztorysu nie zostały zawyżone, a wartość samochodu przed szkodą nie jest niedoszacowana.

4. W niektórych kosztorysach ceny części zamiennych czy koszty robocizny zawarte w kalkulacji są poprawne, dopiero przy końcowym wyliczeniu są one „korygowane” nawet o kilkadziesiąt proc. w dół, np. ze względu na wiek pojazdu. Jeśli szkoda jest rozliczana z autocasco, zanim zaczniesz z tego powodu awanturę, upewnij się, czy nie zgodziłeś się na to, przyjmując Ogólne Warunki Ubezpieczenia.

5. Sprawdź, czy części uwzględnione w wycenie są dostępne i czy pasują do twojego pojazdu. Zdarzają się kalkulacje, w których np. przedni rozbity zderzak auta ma zostać zastąpiony elementem nielakierowanym, podczas gdy zderzak oryginalny i oczywiście zderzak tylny są lakierowane.

Zaniżona wycena naprawy. Co robić?

Jeśli szkody całkowitej nie da się w żaden sposób wyliczyć, ubezpieczycielom zdarza się zaproponować naprawę auta przy użyciu najtańszych części, jakie występują w katalogach. Również stawki za roboczogodzinę pracy mechanika i blacharza bywają 3-krotnie niższe niż w kosztorysach, z których wynika szkoda całkowita.

Tanie części, jeśli są w ogóle dostępne, mają często fatalną jakość niezależnie od tego, co deklarują ich producenci. Szczególnie marne są zamienniki elementów nadwozia: błotniki, wzmocnienia i zderzaki. Nierzadko części wyszczególnione w kosztorysach są w praktyce niedostępne, a właściciel auta jest zmuszony dopłacić do czegoś lepszego, szukać elementów używanych lub oszczędzać, wybierając tańszy warsztat.

Warto wiedzieć

Warto wiedzieć, że kosztorys ubezpieczyciela, nawet jeśli idzie za nim natychmiast wykonany przelew, nie zamyka sprawy, jeśli się na to nie godzimy. To – podobnie jak w przypadku szkody całkowitej – tylko wstępny kosztorys i propozycja ugody. Możemy się na niego zgodzić bądź nie.

Co robić?

Należy poinformować ubezpieczyciela o swoich oczekiwaniach. Kwestionować można ceny i dostępność, ewentualnie prawidłowość doboru części w kosztorysie, niezgodność klasy proponowanych części z tymi, które zostały uszkodzone (uwaga: nie dotyczy to niektórych, tanich polis autocasco), zaniżone ceny robocizny.

Należy przedstawić kosztorys z warsztatu (w przypadku szkody likwidowanej z OC może być to warsztat autoryzowany) opiewający na kwotę wystarczającą na porządną naprawę samochodu. W większości przypadków ubezpieczyciel nie zgodzi się na nasze żądanie, ale poinformuje nas, że zapłaci, gdy zobaczy rachunki. Mamy dwa wyjścia: dołożyć do naprawy z własnej kieszeni (po przedstawieniu rachunków za naprawę i zaliczeniu przeglądu przez samochód nie będzie z tym problemu) lub złożyć pozew w sądzie. Ta druga opcja jest o tyle korzystna, że mamy ogromną szansę na otrzymanie żądanej kwoty wraz z odsetkami za zwłokę – zwykle ubezpieczyciele przegrywają takie sprawy.

Potem możemy decydować: naprawimy samochód bądź nie, mamy też prawo naprawić go prowizorycznie za znacznie mniejszą kwotę od otrzymanej, a pozostałe pieniądze przeznaczyć na coś innego. Nie brakuje też warsztatów, które biorą na siebie wyprocesowanie od ubezpieczyciela kwoty, jakiej zabrakło do pokrycia rachunku za naprawę – wygrywają większość takich sporów.

Procedura krok po kroku

1. Kosztorys zaproponowany przez ubezpieczyciela to tylko wstępna oferta. Przyjęcie pieniędzy, które z reguły wpłacane są na nasze konto bezzwłocznie, nie zamyka drogi do dalszych roszczeń.

2. W przypadku szkód likwidowanych z OC nie mamy obowiązku naprawiać samochodu niezależnie od kwoty, jaką otrzymamy na naprawę. W polisach AC może być zobowiązanie do naprawy auta.

3. Najprostszą metodą na podwyższenie zaniżonego odszkodowania jest naprawa samochodu z dopłatą z własnej kieszeni i przedstawienie rachunków ubezpieczycielowi; w takiej sytuacji zwykle nie unika on wypłaty. Najbardziej korzystną opcją bywa pozwanie ubezpieczyciela do sądu na podstawie kosztorysu przedstawionego przez warsztat, ewentualnie z wykorzystaniem opinii niezależnego rzeczoznawcy.